Czy Internet rzeczywiście rozwija

Do napisania kolejnego felietonu zainspirował mnie komentarz do poprzedniego tekstu. Jego autor wyśmiał mnie gdy napisałem, że uważam, iż jedna z najbardziej popularnych encyklopedii internetowych jest rzetelną...
Mowa oczywiście o Wikipedii, stronie, na której definicje przeróżnych terminów piszą sami internauci, dzięki czemu indeks haseł zgromadzonych na serwerze wzrasta z dnia na dzień o kolejne tysiące słów. Taki rodzaj aktualizacji strony był sekretem jej twórców, ale tylko na początku jej istnienia. Dziś bowiem wiadomo, że Wikipedia cieszy się wciąż wzrastającą popularnością, liczoną w milionach czytelników właśnie dzięki temu, że definicje haseł może napisać każdy - bez względu na wiek, płeć, czy poglądy. Gdyby spojrzeć na tę encyklopedię z drugiej strony, faktycznie można zauważyć, że aż roi się tam od pomyłek, czy nawet haseł napisanych przez osoby, których celem było np. wypromowanie jakiejś partii… Jednym słowem - o Wikipedii nie można mówić jak o apolitycznym źródle informacji… Więc za co uznać tę stronę? Hmm…Może za śmietnik, gdzie każdy może publikować swoje przemyślenia, niezależnie od tego, czy trafiają one w cudzą godność i ukazują przynależność do jakiejś organizacji…? Niedawno zrobiło się głośno o użytkowniku strony, który nazwał się pseudonimem „Essjay”. Mężczyzna był rzekomo szanowanym profesorem teologii, wykładowcą na jednej z prywatnych uczelni na wschodzie Stanów Zjednoczonych. W rzeczywistości okazało się jednak, że Essjay jest dwudziestoczteroletnim "dowcipnisiem", uzależnionym od dodawania do listy haseł Wikipedii bzdurnych definicji… Co byłoby, gdyby jakiś nazista napisał na Wikipedii tekst "promujący" politykę Adolfa Hitlera, a zanim administrator zdołałby go przeczytać i usunąć, tysiące bezmyślnych nastolatków przepisałyby go do wypracowania na lekcję historii? Skandal murowany… Dlatego przyznaję rację osobie, krytykującej mnie za zdanie o "rzetelności Wikipedii" i bez bicia przyznaję się również do błędu.
Tak więc zadałem sobie pytanie: „Czy Internet rozwija? A może jednak cofa?”. Miliony osób porzuciły pasję czytania książek czy czasopism na rzecz tego źródła informacji. O uzależnieniach od Internetu czy gier multiplayer nie będę pisał, bo to przecież temat - rzeka. Zresztą już nawet niejedna telewizja zainteresowała się sprawą gry o nazwie „Tibia”.

Gdyby spojrzeć na to ze strony internautów zapatrzonych w ekran swojego komputera jak w obrazek, Internet faktycznie byłby rozwijający, rzecz jasna, o ile używa się go z umiarem i w umiejętny sposób. Niestety, nie wymyślono jeszcze przykazań internauty, które wskazywałyby mu drogę, którą należy podążać, by stać się wzorem dla innych. Każdy korzysta z tego medium (notabene - prawdopodobnie największego i najprężniej rozwijającego się) w inny sposób - jedni szukają tu informacji potrzebnych do szkoły, niestety głównie w Wikipedii… Drudzy potrzebują go do pracy - na Internecie można nieźle zarobić, jak wskazują statystyki magazynów biznesowych takich jak np. „Forbes”. Jeszcze inni potrzebują Internetu tylko do rozrywki - gry komputerowe, dowcipy, opowiadania, pornografia, zdjęcia i filmy z egzekucji… Wszystko jest w Internecie wszechobecne i łatwo dostępne. Zastanawia mnie jednak kolejny z "typów internautów", a mianowicie grupa osób, szukających w sieci sposobu na bajeczne życie towarzyskie - Sympatia.pl to jeden z serwisów, które ostatnio w naszym kraju cieszą się niezwykłą popularnością i przyciągają rzesze ludzi. Wydaje mi się, że szukać przysłowiowego "księcia z bajki" można, ale trzeba też uważać, żeby nie wpaść w to zbyt głęboko… Jeśli ktoś całymi dniami ślęczy przed monitorem ze spuchniętymi oczyma, poszukując pięknej żony czy bogatego męża, to jestem niemal pewien, że nigdy go nie znajdzie…

Nie mi jednak przypadło zadanie "nawracania" internautów-randkowiczów, więc opiszę kolejny problem, jakim jest agresja wywoływana przez Internet. Skąd wzięły się ideologie w głowach nastolatków, nakazujące im bić słabszych czy organizować tzw. „ustawki”? To jasne - z pewnością nie nauczono ich tego w szkole, a przynajmniej nauczyciele nie mieli nic do tego. Nie nauczyły ich tego również lektury, a już z pewnością zwierzęta, do których można porównać większość z nastolatków, których całym życiem jest gra w Counter-Strike’a (strzelankę, w której można być terrorystą bądź antyterrorystą). Jej główna "fabuła" nie odbiega jednak od "prawa dżungli", w którym słabszy musi zginąć… Z całym szacunkiem dla fanów tej gry, ale nie uważam, by zapominanie o szkole na rzecz komputera i zabijania terrorystów bądź innych przeciwników było dobrą alternatywą na przyszłość, ale to tylko moje zdanie i nie każdy musi myśleć tak samo…

Przejdźmy teraz do innego punktu widzenia - zdeklarowanych przeciwników Internetu. Według tych osób sieć może tylko cofać nasz intelekt, z czym osobiście się nie zgadzam, ale zarazem nie do końca podzielałem także zdanie pierwszego typu osób, które opisałem. Postaram się jednak być subiektywnym. Internet, oczywiście, jest złym sposobem spędzania wolnego czasu… Od dawien dawna wiadomo, że najlepiej, zarówno dla naszego organizmu, jak i umysłu,jest wyjść na świeże powietrze i spacerować, a nie - jak sądzi wielu zwolenników Internetu - kisić się przed monitorem. Nie mogę jednak powstrzymać się od wygłoszenia mojej opinii o tym, że przeciwnicy sieci są trochę "ślepi" na otaczający nas świat… Ludzie, którzy "boją się" klikać myszką są również nieco odosobnieni… Powszechnie wiadomo, że z Internetu korzysta coraz więcej ludzi, co niekoniecznie musi oznaczać, że wszyscy są od niego uzależnieni… Wróćmy jednak do tematu. Anty-Internauci to zazwyczaj albo zwolennicy zdrowego trybu życia i przeciwnicy zmodernizowanych technik elektroniki, albo ludzie starsi, którzy często nieufnie podchodzą nawet do telewizora. Im akurat wcale się nie dziwię- w latach dziewięćdziesiątych rewolucja techniczna osiągnęła tak zawrotne tempo, że ludzie wciąż nie mogą się ogarnąć z szoku, który towarzyszył im podczas powstawania wszystkich tych urządzeń, których teraz używamy na co dzień. Biorąc jednak pod uwagę tych młodszych - poleciłbym im przynajmniej zobaczyć jak działa Internet, zanim zaczną go krytykować.

Podsumowując - zanim zdeklarujemy przynależność do jednej bądź drugiej grupy, radziłbym rozważyć wszystkie za i przeciw, zarówno posiadania Internetu, jak i odcięcia się od niego. Nie wiem, czy udało mi się uświadomić komukolwiek wady i zalety Internetu, ale mam nadzieję, że tak. Na zakończenie dodam, że pisałem ten felieton ponad godzinę, co chwila zerkając, czy przypadkiem ktoś znajomy nie pojawił się na Gadu-Gadu, oraz czy Onet.pl nie napisał czegoś nowego na temat planów Donalda Tuska… Słowa „Internet” użyłem w tekście czternaście razy, co może sugerować (niestety) moją przynależność do jednej z grup, o których pisałem.
      0 
Uwaga natury ogólnej do Autora - proszę umieszczać w tekście jak najwięcej odsyłaczy ! Myślę, że znajdą się Czytelnicy pragnący pogłębić swoją wiedzę nt. pewnych wątków opisanych w materiale - ja jestem leniwy i nie mam ochoty na pytanie do Wuja Google ;)
Druga uwaga ogólna - felieton z definicji wyraża osobisty punkt widzenia autora. Uwagi typu "ale to tylko moje zdanie" czy "Postaram się jednak być subiektywnym" są zbędne.
Ponieważ nadal nie widzę poprawy w formie i zaistniała potrzeba polemiki z pewnymi tezami powyższego artykułu, to deklaruję ze swej strony stworzenie kontrfelietonów, kiedy tylko uzyskam stały dostęp do Internetu (sprawa w toku) i opublikowanie ich na moim blogu. C'ya ;)
           
      0 
a propos treści promujących pewne tezy w wikipedii: kilka miesiecy temu kiedy okazało sie, że pan Grass służył w Waffen SS postanowiłem troche poszukać na ten temat - najwięcej ciekawych rzeczy wujek gugle znalazł właśnie na wikipedii. i teraz najlepsze: wg wikipedii okazalo sie, ze to byli zwykli zolnierze tyle ze rekrutujacy sie z SS i nie mozna im wiele zarzucic bo niewiele im udowodniono (SIC!). tym samym została mi stara i wyprobowana encyklopedia z 1976r. (drukowana) i tam znalazlem to co trzeba, ale poczulem pewien niesmak...
           
      0 
Jestem zdecydowanym przeciwnikiem całokształtu Internetu.
W moim przypadku Internet całkowicie mnie zniszczył.
Na początku oczywiście jak u wszystkich była ciekawość, później z firmy realnej firma internetowa i strasznie powiększająca się konkurencja, co doprowadziło mnie do całkowitego bankructwa a w następstwie rozwodu i alkoholizmu.
Rezultatem alkoholizmu było łapanie się pożyczek bankowych i szukanie po Internecie łatwego zarobku, co doprowadziło do całkowicie realnego uzależnienia się od hazardu.
I w tym przypadku moje już mizerne życie spadło do poziomu prawie najniższego.
Informacje, które zdobywałem latami okazało się, że są mi już zbędne, bo przy wpisaniu jakiegokolwiek pytania w Internecie można łatwo uzyskać szczegółową odpowiedź na dosłownie wszystko.
Chciałbym, aby strony internetowe zostały w jakiś sposób ograniczone a wiedza powinna kosztować, względnie powinno się ją zdobywać.
Tak jak koleżanka opisała kopiowanie streszczeń czy prac domowych tak ja zdobywając nauki przez 15 lat mogę je teraz jedynie wsadzić sobie........... gdyż do niczego się już nie przydadzą.
           
Bardzo dobry felieton.Uwazam ze internet jest jak komorka,lecz musimy z niego dobrze i rozsadnie korzystac
           

CAPTCHA
Maciej Barabasz

Maciej BarabaszPoczątkujący dziennikarz, specjalizujący się w tematyce mediów. Współpracował m.in. z Kielecką Gazetą Wyborczą, pisał do młodzieżowej gazety Angorka, oraz lokalnego pisma Tygodnik Ciechanowski. Obecnie pracuje w redakcji Extra Ciechanów jako felietonista, oraz w radiu KRC.FM.

Nasze wiadomości w Twojej skrzynce, codziennie po 10:00