Francuski Senat zaakceptował niedawno prawo "trzech ostrzeżeń". Polega ono na tym, że internauta korzystający z sieci P2P dostaje ostrzeżenie, jeżeli nadal będzie korzystał dostanie drugie, a za trzecim razem zostanie pozbawiony dostępu do Internetu przez rok. Jeżeli jego usługodawca internatowy tego nie zrobi, to sam poniesie karę. Oprócz tego, francuskie sądy mogą ścigać kogo chcą na całym świecie za złamanie praw autorskich.
Nicolas Sarkozy i współksiążę Andory chcą, aby prawo to obowiązywało w całej Unii Europejskiej. Zamierzają je również włączyć do tzw. Pakietu Telekomunikacyjnego.
Wielka szkoda, że Sarkozy jest absolwentem prawa - Parlament Europejski uznał, że prawa i wolność internautów może ograniczyć jedynie sąd. Właśnie, gdzie jest ta wolność? Jeszcze kilka lat temu każdy internauta mógł wyrazić w sieci co chciał, natomiast sieć P2P jest jednym z tych przejawów wolności. Zakaz dostępu do sieci P2P jest równoznaczne z zakazem korzystania z wyszukiwarki Google.
Faktem jest, że prawdopodobnie większość plików przesyłanych za pomocą P2P jest nielegalnych, jednak klienci P2P nie są tworzeni do nielegalnej wymiany plików, lecz do wymiany plików pomiędzy internautami, a to jest wielka różnica.
Nie wiem jak francuskie, ale polskie prawo zezwala do dzielenia się utworami, które są chronione przez prawo autorskie, z rodziną i przyjaciółmi. Sieć P2P do dzielenia się nimi jest idealna, ponieważ lepiej wykonać jedną cyfrową kopię utworu (legalną) i przesłać ją za pomocą sieci do rodziny w Anglii czy Hiszpanii, niż wysyłać płytę czy książkę pocztą, co wiąże się z kosztami przesyłki i ryzykiem jej utraty bądź zniszczenia.
Prawo proponowane przez Francję ujawnia jej niemoc w stosunku do piractwa. Najłatwiej jest zniszczyć siedlisko choroby wraz ze zdrowymi osobnikami, niż wynaleźć na nią lek. Internauci oczywiście nie stoją z założonymi rękoma. W Internecie krąży petycja w sprawie zablokowania francuskiej propozycji, a Ministerstwo Infrastruktury zostanie zalane listami. Jednak jeśli to prawo jakimś cudem przejdzie wbrew opinii Parlamentu Europejskiego i sprzeciwu społeczności, proponuję zakazać korzystania z wyszukiwarki Google, bo to dzięki niej można znaleźć miliony plików torrent, a także nielegalne pliki dostępne przez HTTP.
W ogóle (za Kononowiczem) zlikwidujmy wszystko.
Komentarze (11)
25 listopada 2008, 21:17:48
25 listopada 2008, 21:29:33
25 listopada 2008, 21:44:09
26 listopada 2008, 21:59:51
26 listopada 2008, 22:52:35
27 listopada 2008, 15:05:57
27 listopada 2008, 16:27:33
27 listopada 2008, 19:30:36
Oczywiście nie będzie to równoznaczne ze śmiercią zjawiska, jakim jest piractwo, nie mniej rzeczywistość może nas pozytywnie zaskoczy(ć).
Co więc jeśli nie p2p?
Ano wyrastające ostatnio jak grzyby po deszczu serwisy hostingujące wszelkiej maści pliki.
Zapewne jeśli ktoś do tej pory nie usłyszał nazwy Rapidshare lub Megaupload, to prędzej czy później przez zwykłe wyszukiwanie w Google i to wcale nie ukierunkowane na poszukiwanie możliwości "darmowego" wejścia w posiadanie muzyki, filmów itp., natrafi na linki odnoszące się do rzeczonych serwisów.
Pewnym sposobem byłoby dogadanie się wytwórni z w/w "podmiotami", tak aby z tytułu udostępniania na serwerach owych serwisów takich czy innych materiałów, otrzymywali zwyczajnie pieniądze.
Tym bardziej byłoby to sensowne, zważywszy jak nie zliczonym morzem przestrzeni dysponuje np. Rapidshare, tylko czekającym na dalsze zapełnianie, przez kolejne "giga-", "tera-", "peta-", "eksa-" ... -bajty.
I to co teraz jest piractwem, mogłoby obrócić się w ogromną - wręcz masową, i co ważne całkowicie legalną możliwość wejścia w posiadanie pożądanych materiałów.
Zbyt naiwne?
Spotkajmy się za lat ... (hmm) ... 10 i porozmawiajmy, a być może o tym z czym mamy do czynienia obecnie będziemy prawić, jak o czymś abstrakcyjnym.
27 listopada 2008, 23:39:58
28 listopada 2008, 14:58:22