Hollywood to, oczywiście, siedlisko wszelakiego grzechu, ale któż z nas nie chciałby tam zamieszkać – jeździć sportowym samochodem do modnych klubów, być za pan brat z największymi gwiazdami show biznesu, wydawać lekką ręką tysiące dolarów i podrywać piękne kobiety.
Namiastkę tego wspaniałego świata stanowi emitowany u nas na HBO 2 serial komediowy "Ekipa". Jego bohaterowie to czterej przyjaciele pochodzący z nowojorskiej dzielnicy Queens. Jeden z nich stał się gwiazdą filmową, a ponieważ nie chciał samotnie korzystać z dobrodziejstw Fabryki Snów, zabrał ze sobą do Los Angeles swoich kumpli. Inspirację dla scenarzystów stanowiły wybryki aktora Marka Wahlberga ("Infiltracja", "Zdarzenie"), który zaczynał od handlu narkotykami w wieku czternastu lat, by wkrótce zająć się rapowaniem i chodzeniem po wybiegu w ubraniach Calvina Cleina. Marky Mark (pseudonim sceniczny gwiazdora) ustatkował się po latach, ale skandale z udziałem jego kompanów, których ściągnął z rodzinnego Massachusetts, przez długi czas były pożywką dla hollywoodzkich plotkarzy.
W USA "Ekipa" przyciąga przed telewizory miliony widzów i regularnie zgarnia nominacje do najważniejszych nagród, podczas gdy nad Wisłą mało kto o niej słyszał. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest poniekąd hermetyczność serialu – jeśli zainteresowanie amerykańskim przemysłem rozrywkowym nie wychodzi u kogoś poza przeglądanie Pudelka i innych internetowych rottweilerków, niektóre żarty stają się po prostu nieczytelne. Przykład: w kilku odcinkach pojawia się Harvey Weingarten – otyły producent o lekko psychopatycznej osobowości, który poszedł do wojska tylko po to, by móc się dowiedzieć, jak to jest zabić człowieka. Postać ta była wzorowana na Harveyu Weinsteinie – chytrym i bezwzględnym decydencie z Hollywood, słynącym z bezpardonowych metod promocji swoich filmów. W Polsce Weinstein jest znany z tego, że prowadzał się przez krótki okres z Weroniką Rosati. Gdyby nie zmieniał dziewczynek jak rękawiczki, dzisiaj kochalibyśmy go pewnie jak Colina Farrella!
O sukcesie serialu zadecydowała chyba perspektywa, z jakiej spoglądamy na świat przedstawiony. Hollywood znamy wyłącznie z prasy i telewizji, gdzie prezentowane jest ono albo jako magiczna kraina, albo jako wypełnione narkotykami, spermą i dolarami bagienko. W "Ekipie" obie te rzeczywistości się ze sobą mieszają, ale dodano do tego także trzecie spojrzenie – tzw. widok od kuchni. Najlepsze w serialu są właśnie obrazki obyczajowo-zawodowe: spotkania z agentami i producentami, próby znalezienia pieniędzy na nowy film, szczegóły planów zdjęciowych i festiwali itd. Nad całością unosi się mgiełka ironii, ale nie jest ona aż tak zjadliwa jak w "Graczu" Altmana. Jeśli jakiś celebryta ma poczucie humoru i dystans do własnego wizerunku, pojawia się w serialu osobiście. Lista gwiazd, które zasiliły obsadę, wygląda imponująco: Martin Scorsese, James Cameron, Mandy Moore, Jessica Alba, 50 Cent, Zac Efron, Matt Damon, Scarlett Johansson i wielu, wielu innych.
Jednak nawet najjaśniejsze ciało niebieskie na firmamencie show biznesu nie odbierze blasku Jeremy'emu Pivenowi wcielającemu się w postać agenta głównego bohatera, Ariego Golda. Ten cwany żydowski menedżer byłby w stanie spuścić bomby na siedzibę którejś z wytwórni, byle tylko jego klient otrzymał upragnioną rolę. I przy całym tym gejzerze cynizmu i draństwa w pracy zawodowej, Gold pozostaje lojalny zarówno wobec żony, jak i przyjaciół z ekipy. To jeszcze jedna, ludzka, perspektywa serialu. Być może najważniejsza.
Łukasz Muszyński
Komentarze (13)
11 listopada 2009, 20:21:09
06 stycznia 2010, 13:21:51
06 stycznia 2010, 13:22:35
06 stycznia 2010, 13:23:20
06 stycznia 2010, 13:24:07
06 stycznia 2010, 13:24:46
06 stycznia 2010, 13:25:29
29 stycznia 2010, 16:38:59
12 lutego 2010, 15:06:59
12 lutego 2010, 15:08:26