Andy Millman to inteligentny i zabawny facet, który pewnego dnia doszedł do wniosku, że nie chce więcej pracować w korporacji. Porzucił więc dobrze płatną posadkę i zaczął grać w filmach. Na razie tylko w charakterze statysty, ale przecież wcześniej czy później ktoś pozna się na jego talencie i da mu choćby jedną linijkę dialogu.
Andy jest bohaterem serialu komediowego "Extras" (Statyści), robiącego w latach 2005-2007 furorę na antenie HBO. Za jego powstanie odpowiada Ricky Gervais, który zaczynał od śpiewania popowych piosenek w zespole Seona Dancing, by po latach odnieść olbrzymi sukces jako komik. Brytyjczyk ukończył filozofię na prestiżowym University College London, ale od analizowania pism Heideggera i Nietzschego wolał przemysł rozrywkowy. Być może świat nauki stracił w ten sposób wielkiego myśliciela. Zyskał jednak wybitnego scenarzystę i bardzo dobrego aktora, który każdym kolejnym przedsięwzięciem udowadnia, że nie ma sobie równych.
"Statyści" są w zasadzie niezwykle smutnym serialem. Goniąc za możliwością zaistnienia przed kamerą, Andy robi się coraz bardziej żałosny. W jednym z odcinków próbuje przekupić ocalałego z masakry wioski bośniackiego wdowca, którego losy posłużyły Benowi Stillerowi jako inspiracja przy realizacji filmu wojennego. Tragizm głównego bohatera polega jednak na tym, że sam czuje się zażenowany własnymi zachowaniami. W dodatku u nikogo nie znajduje zrozumienia. Jego agent (w tej roli reżyser serialu i dobry kumpel Gervaisa, Stephen Merchant) jest skończonym imbecylem i leniem masturbującym się z nudów w biurze. Jedyna przyjaciółka bohatera (Ashley Jensen), która także pracuje jako statystka, również nie grzeszy inteligencją. Andy, łysiejący grubasek po czterdziestce, zniża się często do poziomu otoczenia, ale w decydującym momencie potrafi powiedzieć "nie" i wycofać się z godnością. Łączący pogardę dla poprawności politycznej z okrucieństwem humor nabiera w ten sposób posmaku egzystencjalnego tragizmu. Nieważne, jak daleko uda nam się zajść, skoro na końcu i tak będziemy odczuwać deprymującą gorycz niespełnienia.
Serial szybko zdobył renomę w Hollywood – gościnny występ zaliczyły w nim takie gwiazdy jak David Bowie, Robert De Niro, Samuel L. Jackson i Kate Winslet. Ta ostatnia wywróżyła sobie nawet w "Statystach" Oscara za najlepszą rolę żeńską. Na planie filmu o II Wojnie Światowej aktorka tłumaczy Andy'emu, że produkcje z Holokaustem w tle mają niemal stuprocentowe szanse na złote statuetki. Wystarczy spojrzeć na sukcesy "Listy Schindlera" i "Pianisty". Dowcip polega na tym, iż kilka lat później Winslet zagrała w "Lektorze" strażniczkę w obozie zagłady, za co Akademia uhonorowała ją swoją nagrodą... Inni znani aktorzy prezentowani są zazwyczaj jako idioci, dewianci seksualni i zadufane w sobie bubki. Płynie z tego optymistyczna myśl, że bogaci i popularni niczym nie różnią się od reszty ludzkości. Głupota, choćby była ubrana w najbardziej odjazdowe ciuszki, wciąż pozostaje głupotą.
Gervais nie ma złudzeń co do poziomu współczesnego świata rozrywki. Jego śmiech przez płacz działa jednak odświeżająco na szarego widza. Pokazuje, że sława to towar marnej jakości – jest ciężkostrawna, a w dodatku szybko traci datę ważności.
Łukasz Muszyński, Filmweb.pl
Komentarze