O Hollywood mówi się, że jest Fabryką Marzeń. Właściwsze byłoby jednak określenie Fabryka Iluzji – iluzji dotyczących przede wszystkim samej branży filmowej.
To zabawne, że Hollywood (a raczej cała światowa kinematografia) wciąż uważane jest za postępowe, innowacyjne, prące do przodu, wytyczające nowe szlaki. Tymczasem prawda jest równie szkaradna jak ta widniejąca na portrecie Doriana Greya: kino od 80 lat nie ruszyło się z miejsca. Cała ta "innowacja" to zwykłe szlifowanie już istniejących technologii, rzecz kompletnie naturalna, lecz daleka od "rewolucji".
Zdaję sobie sprawę z tego, że powyższe słowa wywołają sprzeciw wielu osób. Po dowód ich prawdziwości nie trzeba jednak daleko sięgać, wystarczy spojrzeć na to, co wydarzyło się w mijającym roku. Wielkie wytwórnie i większość znaczących cokolwiek w show biznesie twórców podsumowuje rok 2009 jednym słowem: "przełom". Tak naprawdę o tym, że będzie to czas przełomu, wiedzieliśmy na długo zanim 2009 rok się zaczął, a przez ostatnie 12 miesięcy słowo to powtarzane było jak mantra. Rewolucja, nowa jakość kina itp., itd. A wszystko to za sprawą kina trójwymiarowego.
Fabryka Marzeń zbudowała mit, który wprost sugeruje, że era 3D rozpoczęła się dopiero w XXI wieku. W rzeczywistości jednak trójwymiarowe filmy powstawały już w XIX wieku, choć do kin trafiły dopiero w latach 20. ubiegłego stulecia. To, co oferuje się teraz, to tylko lepszy obraz, bardziej wyrazisty efekt 3D i wygodniejsze okulary. A jednak przekaz przemysłu filmowego jest jasny: filmy trójwymiarowe powstają dopiero teraz. Jedna z firm jest na tyle butna, że swoją technologię 3D nazwała RealD! Na poparcie swoich słów Hollywood zasypało widzów całą masą trójwymiarowych widowisk, począwszy od "Krwawych Walentynek", przez "Odlot", na "Avatarze" kończąc.
Wystarczy jednak sięgnąć pamięcią wstecz, bądź też – biorąc pod uwagę wiek statystycznego widza – sięgnąć po książki z zakresu historii kina, by dowiedzieć się, że szaleństwo trójwymiarowych ruchomych obrazów to nic nowego. Pierwsza wielka fala nastąpiła w latach 50., a druga w latach 80. XX w. Obie przebiegały niemal identycznie jak obecna. Wytwórnie masowo zarzucały widzów trójwymiarowymi produkcjami. Większość z nich nie miała zbyt wysokich wartości artystycznych. Ich ambicjami było dostarczanie widzom rozrywki i zabawy nową technologią. Wystarczy wspomnieć "Potwora z Czarnej Laguny", "Gabinet figur woskowych", "Piątek trzynastego III", "Szczęki 3" czy... "Emmanuelle 4". Również jeśli chodzi o kampanię promocyjną można mówić o deja vu. Budowano hype, a potem eksploatowano go, nasycając rynek olbrzymią ilością filmów. Szaleństwo nie ominęło nawet największych twórców. Alfred Hitchcock nakręcił "M jak morderstwo" przy użyciu technologii Natural Vision.
Nie będzie zatem zbytnią przesadą, kiedy powiem, że żyjemy w czasach remake'u kina 3D. Choć słowo "remake" znajduje się aktualnie na tapecie, Hollywood woli korzystać ze słowa "reboot". Recycling w nowym opakowaniu. Dlatego też za każdym razem, kiedy słyszę słowo "przełom", w głowie włącza mi się świetna piosenka Propellerheads z wokalem Shirley Bassey "History Repeating". Jej słowa najlepiej oddają to, co aktualnie dzieje się w kinie:
The word is about, there's something evolving,
whatever may come, the world keeps revolving
They say the next big thing is here,
that the revolution's near,
but to me it seems quite clear
that it's all just a little bit of history repeating.
Marcin Pietrzyk, Filmweb.pl
Komentarze (1)
06 stycznia 2010, 10:45:30