Bohater "Notting Hill" grany przez Hugh Granta przez przypadek musi przeprowadzić wywiady z aktorami filmu, którego nie widział. Zadaje im pytania tak błyskotliwe jak: – Czy będziesz jeździć konno w kolejnym filmie? (podał się za dziennikarza z "Horse & Hound"). Absurdalne? Przecież w rzeczywistości press junkety i w ogóle relacje dziennikarz-gwiazda nie wyglądają mniej groteskowo.
Urok wszelkich ekskluzywnych wywiadów prasowych z Wielką Gwiazdą Filmu jest dość zwodniczy. I to dla obu stron tego układu: po pierwsze dla czytelnika, bo co właściwie zyska poza złudzeniem, że znalazł się bliżej Wielkiej Międzynarodowej Sławy? Mało prawdopodobne, że dowie się z lektury czegoś nowego. Wywiad to raczej sygnał wysyłany przez dany tytuł prasowy: patrzcie, jesteśmy fajni i ważni, udało nam się zdobyć rozmowę. Tylko co czytelnika interesuje, że ten czy tamten dziennikarz porozmawiał z gwiazdą? Obejrzy agencyjne zdjęcia i przeczyta kilka komunałów, które mógł z ust aktora usłyszeć wcześniej wielokrotnie.
Równie nieciekawie wygląda sytuacja z perspektywy dziennikarza. Zobaczyć pięknych i bogatych tego świata z bliska, pochwalić się przed znajomymi na facebooku i zrobić sobie fotkę
a'la Jola, to jednak niewspółmiernie mała satysfakcja w porównaniu z efektem. Taki Lawrence Grobel, który jako jedyny został dopuszczony do samotni starzejącego się Marlona Brando, jest jeden. Choć cały czas pokutuje przekonanie, że zdobycie wywiadu zależy głównie od sprytu i zasług samego dziennikarza (stąd chyba też w dużej mierze wynika prestiż samej publikacji, jakże często niewspółmierny do treści). Nic z tego, dzikie czasy dawno minęły. Jak wszędzie, tak i tu działa przede wszystkim wielostopniowy system pośrednictwa: wytwórnia, agent, dystrybutor krajowy. Dopiero na końcu tego łańcucha znajduje się dziennikarz – uzależniony od czynników finansowych (jaki nakład ma jego tytuł, ilu widzów potencjalnie zyska dany tytuł w jego kraju) bardziej niż jakichkolwiek innych.
Szczęśliwcy, bywający na festiwalach filmowych, lub jeszcze lepiej – mieszkający w Los Angeles – mogą uczestniczyć w press junketach, w których kilka osób naraz zadaje pytania bohaterowi. Gdy trafi się wśród nich ktoś pokroju wspomnianego na wstępie bohatera Hugh Granta, to ciężko będzie potem sklecić wywiad na piśmie... Wówczas przyda się presskit filmu z wypowiedziami aktora, może jakiś fragment z konferencji prasowej. Nie oszukujmy się – wielu dziennikarzy posiłkuje się taką pomocą. Czy to nieuczciwe, biorąc pod uwagę, że w rozmowie w cztery oczy i tak wypowie się podobnie jak w oficjalnych materiałach, zgodnie z linią promocyjną filmu? (Oczywiście są aktorzy, którzy zawsze mają coś oryginalnego do powiedzenia). Tu nie obowiązuje autoryzacja, nikt ze strony aktora nie będzie sprawdzał, co opublikował ktoś tam z Polski. Niestety, i to zostaje czasem wykorzystane.
Rozbrajająca jest maniera zaczynania niemal każdego wywiadu w stylu romansowo-kryminalnym (ta moda do nas przyszła z Zachodu i zadomowiła się w niektórych mediach):
Weszła do kawiarni parę minut spóźniona, a na sobie miała czerwony, moherowy sweter. Najpierw wylewnie się ze mną przywitała, co jeszcze bardziej mnie zawstydziło, a potem zamówiła bezkofeinową white chocolate mocha z mlekiem sojowym.
Wątpię, czy równie dobrze brzmiałby taki wstęp:
Wraz z siedmioma innymi dziennikarzami usiadłem przy stoliku X. Wielkie okulary słoneczne, jak się później przekonałem, skrywały oczy zmęczone pytaniami poprzednich pięciu grup. Audiencja trwała 20 minut, zdążyłem zadać jedno pytanie... Albo nawet tak:
Czekałem na ten telefon od poniedziałku. W końcu w czwartek, o piątej nad ranem czasu polskiego (na Zachodnim Wybrzeżu zapadał zmierzch), zadzwonił dzwonek. To był Jego agent.
To be continued...
Malwina Grochowska, Filmweb.pl
Komentarze (1)
05 marca 2010, 18:42:30