Dokonał się mord X Muzy. Film zredukowany do zakończenia, którego nie można zdradzić. A przecież kino to znacznie więcej!
Żyję w kraju, w którym wszyscy chcą mnie zrobić w ch... dla mojej kasy – zanuciłem jakiś czas temu pod nosem, trawestując piosenkę zespołu Strachy na Lachy. Przyczyną mojego melancholijno-nihilistycznego nastroju stała się pewna chała, którą postanowiono sprzedać w kinach jako "Ciacho”.
Gdy stałem kilka dni temu w kolejce do kasy, usłyszałem za plecami burzliwą rozmowę, która rozbawiła mnie i przeraziła zarazem. Para młodych ludzi mówiła o "Avatarze", który wydawał mi się po miesiącu od daty premiery tematem zamkniętym. Jak się jednak okazało, rozmówcy przez 30 dni czekali na bilety do IMAX-a, a kolejki do tego kina ciągną się jak stąd na Pandorę. Moje rozbawienie wzięło się z naiwności, jaką para wykazywała co do jakości obrazu w Imaksie, a przerażenie z tego, jak łatwo dajemy się nabrać na marketingowe zabiegi i płacimy wyższą cenę za gorszy produkt. Dlaczego "Avatar" wypada blado w Imaksie?
Bohater "Notting Hill" grany przez Hugh Granta przez przypadek musi przeprowadzić wywiady z aktorami filmu, którego nie widział. Zadaje im pytania tak błyskotliwe jak: – Czy będziesz jeździć konno w kolejnym filmie? (podał się za dziennikarza z "Horse & Hound"). Absurdalne? Przecież w rzeczywistości press junkety i w ogóle relacje dziennikarz-gwiazda nie wyglądają mniej groteskowo.
O Hollywood mówi się, że jest Fabryką Marzeń. Właściwsze byłoby jednak określenie Fabryka Iluzji – iluzji dotyczących przede wszystkim samej branży filmowej.
Andy Millman to inteligentny i zabawny facet, który pewnego dnia doszedł do wniosku, że nie chce więcej pracować w korporacji. Porzucił więc dobrze płatną posadkę i zaczął grać w filmach. Na razie tylko w charakterze statysty, ale przecież wcześniej czy później ktoś pozna się na jego talencie i da mu choćby jedną linijkę dialogu.
Nie dalej jak kilka dni temu ogólnopolska rozgłośnia radiowa nadała audycję o różnicach w formatach telewizyjnych. Na podsumowanie padło zdanie, jakoby "oglądanie obrazu HD na odbiorniku o standardowej rozdzielczości miało skutkować jakością FULL SD". Ta kuriozalna konstatacja trochę mnie przeraziła. Zaopatrzeni w wiedzę o Full SD konsumenci pewnie szturmem ruszą do marketów z rodzaju "nie dla idiotów". Ja z kolei nabrałem przekonania, że warto napisać kilka słów o "kosmicznej" technologii kryjącej się w dwóch magicznych literkach - HD.