Magdalena GórakInternet27.11.2009 (13:45)6 komentarzy

Ciche wow o Indiach

Czy tylko w mojej głowie tkwi obrazek, na którym każdy Hindus powyżej 7 roku życia jest biegły w obsłudze komputera, a po Internecie śmiga? Jechałam do Indii z przekonaniem, że Hindusi mi zaimponują.
Względna potęga

Bynajmniej. Wizja Indii jako technologicznej potęgi jest co najmniej dyskusyjna.
Faktycznie, zgodnie z raportami McKinsey, sprzedaż usług informatycznych i administracyjnych z Indii, osiągnęła wartość 52 miliardów dolarów (dużo), co daje zatrudnienie 2 milionom osób (względnie dużo przy 1,1 mld obywateli). Jeszcze 11 lat temu wartość tych usług była 26 razy niższa. Jeśli biznesowe media mówią o Indiach, to przede wszystkim o biedzie, ale już zaraz potem o efektywności hinduskich informatyków, niskich kosztach ich pracy i Bangalore – nowej Dolinie Krzemowej.

To, o czym trudniej znaleźć informacje i co mnie zszokowało w Indiach - w zestawieniu ze świadomością sprawności tej młodej branży - to kompletny rozjazd z tzw. statystycznym obywatelem. Spodziewałam się bowiem, że skoro Indie są "informatyczną potęgą zagrażającą Stanom Zjednoczonym", to statystyczny obywatel będzie śmigał po Internecie ze znawstwem wynikającym z dużego obycia. Kolejne bynajmniej…

Właściwe proporcje

Na 1,1 mld obywateli Indii, około 45,3 mln ma dostęp do Internetu, z czego jedynie około 200 tys. osób do internetu szerokopasmowego. Owszem, w Indiach jest więcej internautów niż wszystkich Polaków, ale też trafić na osobę, która sprawnie będzie wykorzystywać internet jako narzędzie - w celu osiągnięcia swoich celów prywatnych czy zawodowych - jest statystycznie naprawdę ciężko.

Jeszcze w 2008 roku aż 37 proc. internautów korzystało z internetu w kafejkach (średnio 40 rupii za godzinę, czyli około 2,4 zł; swoją drogą 1/3 Hindusów, czyli około 330 mln obywateli Indii żyje za taką właśnie sumkę na dzień). Kolejnym popularnym miejscem dostępu do sieci była praca.

Za aktywnego internautę raport I-Cube uznaje mieszkańca Indii, który przynajmniej raz w ciągu miesiąca skorzystał z Internetu! Wymagania nie są więc wyśrubowane. Podobno tempo przyrostu liczby internautów w ostatnim roku jest niższe niż oczekiwano, bo niecałe 13 proc. Według autorów raportu przeprowadzonego przez Internet and Mobile Association of India (IAMAI) oraz IMRB International , to tempo jest wręcz "alarmujące".

Brak e-potrzeby

Nasz przewodnik po Jaipurze, który naprawdę sprawnie władał dwoma językami obcymi, gubił się kompletnie przy komputerze i - co ciekawsze - był absolutnie zielony w kwestii możliwości wykorzystania Internetu do swoich celów. Nie wiedział, z jakich serwisów korzystają turyści, którzy do niego przyjeżdżają, gdzie znajdują o nim informacje, gdzie znajdują jego adres mailowy, nie wiedział jak wykorzystać serwisy społecznościowe i rekomendacje od zadowolonych klientów. Dla nas to oczywiste oczywistości.

Po powrocie z Indii zaczęłam przegrzebywać ostatnie raporty o dostępie do Internetu w Indiach i moje hipotezy się potwierdziły. Hindusi może mają wielu genialnych informatyków, pracują dla największych korporacji i tworzą świetne aplikacje, ale w większości nie widzą zastosowań internetu w codziennym życiu. Dla przytłaczającej większości nie jest on zrozumiałym i przez to przydatnym narzędziem.

Przywołany wyżej raport stwierdza, że nawet osoby, które miały możliwość skorzystania z Internetu twierdzą, że nie odczuwają potrzeby powracania do niego częściej i nie mają świadomości, w jakich celach byłby im przydatny. Raport stwierdza wprost, że właśnie stan świadomości osób określonych jako "claimed users" - sporadycznie, nawet rzadziej niż raz na miesiąc korzystających z Internetu - jest głównym powodem powolnego wzrostu penetracji w Indiach. Bynajmniej nie ceny, na które wskazało jedynie 5,5% respondentów.

Jedyną grupą, w której wyraźnie rośnie liczba internautów, to studenci. Raport nie rozstrzyga, czy mają oni świadomość użyteczności Internetu jako narzędzia, czy jego wykorzystanie jest na nich wymuszone za sprawą akademickich wymogów.

Właściwie wszystko jedno, byle do przodu. Choć jest to bardzo "zachodnią" i bardzo "nieindyjską" pointą. Bo właściwie dlaczego chcieć więcej i lepiej, jeśli tak jak jest - wystarcza?

Komentarze (1 - 6 z 6)

Przynajmniej nie chodzą po internetach i nie piszą o bułkach, nie? ;]
 0  
@qwe: no właśnie, uff, tyle dobrego, że o bułkach nie pisują ;)
przy czym niestety tracą równocześnie możliwość publikowania felietonów na Media2, sprzedawania wyrobów własnych na Allegro i co tam jeszcze, a tego akurat szkoda...
 0  
skąd się ta pani wzięła ???
 0  
No ... wszyscy marzymy o hinduskich felietonach na Media2 ;) bo o sprzedaż indyjskich wyrobów na Allegro zadbali już pewnie przedsiębiorczy rodacy. W dzisiejszych czasach handlując hurtowo, a nie ciężko zdobytymi okazami podczas wymarzonych wycieczek zagranicznych. Jak to drzewiej bywało z "wyprawami" do Bułgarii, Rumunii czy Turcji.
 0  
A ja zastanwiam się nad czym innym. Kiedyś jeżdżono do Indii po kamienie, jedwab i korzenne przyprawy. Póżniej, za sprawą Imperium Brytyjskiego, Indie, kraj ludny i bogaty we wszelkiego rodzaju tradycje i wierzenia stał się jedynie prowincją i ciekawostką na mapie, częścią szeroko pojętego Orientu, jak wyspa Bali albo Turcja. I mimo pewnego renesansu mody na Indie, kraj ten pozostaje wciąż mało znany w Europie i świecie. Nie zmieniły tego wojaże "dzieci-kwiatów" po wiedzę, jakże inną od zachodniej.
Dlaczego o tym piszę? Ponieważ dziwię się zdziwieniu autorki, że Hindusi nie garną się masowo do cyberprzestrzeni. I żeby zrozumieć, dlaczego tak się dzieje, polecam lekturę paru książek poświęconych tej starej cywilizacji, czy choćby wydaną ostatnio pozycję "Moje Indie" Jarosława Kreta. Pozdrawiam!
Treść edytowana 1 raz (ostatnio 29 grudnia 2009 o 17:10:02 przez Olsen).
 0  
Otóż to, każdy jedzie po coś, ale jak sie chce znaleźć świat zachodni w kulturze orientalnej, która ma znacznie wiecej do zaoferowania, to wraca się właśnie z takimi wrażeniami. Prosze pani na internecie sie świat nie kończy i właśnie taką świadomość maja tubylcy.
 0