Anna MiotkMarketing01.11.2010 (9:23)2 komentarze

Piraci z Karaibów

Piractwo intelektualne jest stare jak świat. Szkoda tylko, że nie jest piracone to, co najbardziej warte jest spiracenia.
Dość, aby wspomnieć odwieczną walkę Pepsi i Coca Coli, ale też przykłady z innych branż, gdzie kampania reklamowa jednej firmy jest dość szybko naśladowania przez kolejną. Osoby pracujące w agencjach reklamowych czy PR doskonale znają też zjawisko „castingu na pomysły”. Oto firma ogłasza przetarg, zaprasza agencje, nie wybiera żadnej z nich... a potem własnymi siłami realizuje ich pomysły. Bardzo charakterystyczne jest na przykład robienie raportu branżowego na taki sam temat, tylko dlatego że wcześniej zrobiła go jakaś konkurencja (i deprecjonowanie w nim wniosków, do których doszła konkurencja). Nie mówiąc o kopiowaniu struktury funkcjonowania biznesu – skoro tamtym się sprawdziło, to i może u nas zadziała? Kopiowaniu pomysłów na komunikację, jak wspomniane już raporty czy pomysły na narzędzia social media. Nie wspominając już o kopiowaniu fragmentów tekstów napisanych przez kogoś innego, czy to w wystąpieniach, w artykułach czy w wypowiedziach prasowych - oczywiście, bez podawania odnośnika do źródła.
Ale skoro – jak napisała ostatnio Polityka – piractwo intelektualne to istna plaga na uczelniach, to czemu się potem dziwić? Skoro istnieje na to przyzwolenie i studenci uczą się, że tak też można, bo jest łatwiej. Bo można uchodzić za uczonego jeśli przepisało się kawałek czyjejś pracy (czy wręcz całą pracę), choć nie ma się dość zdolności intelektualnych, aby napisać taki tekst samodzielnie. A skoro jest na to przyzwolenie już na uczelniach, to jak ma się to potem nie przenosić na biznes?

Aż szkoda, że nie kopiuje się i nie naśladuje dobrych praktyk. Przykładowo, mamy w naszej branży taką jedną miarę, która nie ma żadnego empirycznego uzasadnienia. Ktoś ją kiedyś wymyślił, aby zwiększyć sprzedaż, ładnie się nazywa (ekwiwalent reklamowy), pozwala pokazać cyferki. Proszę mi wierzyć – a przejrzałam naprawdę mnóstwo materiałów w związku z moim doktoratem – nie znalazłam żadnych wyników badań. Wartość naukowa tego pomysłu jest mniej więcej taka jak horoskopu na moment urodzenia. A jednak się sprzedaje. Nieświadomy metodologii klient wszystko kupi, więc po co go uświadamiać? Od kilku lat mówię, że jest to metoda całkowicie niewiarygodna i że czas przestać wciskać klientom kit. I że w interesie całej branży byłoby wspólne wypracowanie standardów realizacji badań opartych na rzetelnej, sprawdzonej metodologii, oraz edukacja.

Ciekawe, dlaczego tutaj akurat nie mam naśladowców?

Komentarze (1 - 2 z 2)

Felieton na zasadzie "Coś wiem, ale wam nie powiem. Co o tym myślicie?".
 0  
Mnie zastanawia dlaczego nie negujecie w Newspoint tego: Automatyczna analiza treści?

IMHO to jest odpowiedź na niewystarczające zasoby (ludzkie) firmy do przeprowadzenia dużej analizy.
 0