Wojciech Andrzejewski01.04.2008 (15:22)4 komentarze

Wiktor Bater: Jestem dziennikarzem, który wykonuje swoją pracę tak samo, jak lekarz

Na spotkanie z Wiktorem Baterem w łódzkim klubie Studio 102 ściągnęli ludzie przypadkowi. Większość osób, które pojawiły się w lokalu nie wiedziała, że gościem wieczoru będzie jeden z najlepszych polskich dziennikarzy wojennych. O pracy dziennikarza na froncie wojennym opowiada Wiktor Bater.
Przygodę z frontem rozpocząłeś w 1992 roku na Bałkanach. Jak się tam dostałeś?

W Polskim Radiu pracowałem dopiero od kilku miesięcy. Do Sarajewa dostałem się dzięki konwojowi Janki Ochojskiej. Mój dłuższy pobyt w ogarniętej wojną Jugosławii nie był planach redakcji. Gdy dodzwoniłem się przez telefon satelitarny do mojego ówczesnego naczelnego – Jacka Piotrowskiego i obwieściłem chęć pozostania w Sarajewie, zapytał: - Jesteś bezpieczny? Na co odpowiedziałem, że tak. Mimo tego, że nie widzieliśmy się, dało się wyczuć teatr. On wiedział, że ja kłamię, a ja wiedziałem, że on wie, że ja kłamię. Kupił to. Wyjazd z stamtąd był dla mnie o wiele trudniejszy niż wjazd. Nie miałem pieniędzy, co automatycznie skazywało mnie na organizowanie sobie życia znacznie większym nakładem pracy. Moi nafaszerowani forsą koledzy z CNN, mieszkający w ekskluzywnym hotelu z basenem, który dziwnym trafem akurat nie był przez Serbów ostrzeliwany, gdzie whisky lała się strumieniami, byli w zdecydowanie lepszej sytuacji... Wyjazd z Sarajewa był dla mnie koszmarem. Z tego bałkańskiego piekła można było wydostać się jedynie samolotem ONZ. Starania o ten środek transportu utwierdziły mnie w zdaniu, że Organizacja Narodów Zjednoczonych jest organizacją samą w sobie, która czasami wręcz przeszkadza, a nie pomaga. Wydostałem się dzięki ogromnej pomocy kolegów z francuskiej stacji telewizyjnej i mojego szefa. Dla mnie był to szok, jednak następne wyjazdy na wojnę potwierdziły zasadę: Albo łatwo jest wjechać i trudniej wyjechać, albo odwrotnie. Wszystko też zależy od tego, czy masz pieniądze na astronomiczne kwoty łapówek. Wojna to doskonały biznes dla obu stron konfliktu...
W swojej książce pokazujesz kulisy przygotowań reportera wojennego do wyjazdu w rejon konfliktu. Widać ogromne dysproporcje między dziennikarzami z różnych stron świata.

Do wyjazdu na front trzeba się dobrze przygotować. Kto się nie przygotowuje, po prostu tam sobie nie poradzi. Najbanalniejszą sprawą są wielkie pieniądze, jakie trzeba mieć ze sobą w gotówce. Na wojnie można kupić wszystko i wszystko jest kwestią ceny. W jaki sposób przewozimy grube tysiące dolarów i gdzie je trzymamy – niestety nie mogę zdradzić. To tajemnica każdego dziennikarza wojennego. Mogę tylko zdradzić, że nakłady finansowe polskich stacji nijak mają się do środków jakimi dysponują zachodnie ekipy telewizyjne. To istna przepaść, którą na własnej skórze odczuwa reporter. Polski reporter musi mieć ze sobą własną żywność, zupki w proszku, chleb leki czy wodę mineralną. Na reportażu z frontu każdy sam odpowiada sobie na pytanie, na ile potrzebna jest mu kamizelka kuloodporna czy hełm. W przypadku zachodnich dziennikarzy są to akcesoria wymagane przez wydawców i firmy ubezpieczeniowe. Jeśli reporter nie ma ich na sobie, a stanie mu się krzywda, ubezpieczyciel nie wypłaci jemu lub rodzinie odszkodowania. Inną rzeczą, często niemożliwą do wykonania przed wyjazdem, jest znalezienie człowieka, który będzie przewodnikiem reportera w miejscu konfliktu. W obcym rejonie świata targanego wichrami wojny, przyjazna dusza, która będzie tłumaczyć różne kwestie tamtejszych problemów, to prawdziwy skarb. Zachodnie redakcje mają swoich zaufanych ludzi w danych regionach. My organizujemy ich na własną rękę. Dzięki wynajętemu przewodnikowi można przenikać do różnych warstw społeczeństwa, w różny sposób zaangażowanych w konflikt. Są to najczęściej przypadkowe osoby, z którymi współpraca różnie się układa. Inną sprawą jest to, że gdy kule fruwają nad głowami, żeby nie wiem jak człowiek przygotował się do reportażu, często życie toczy się własnym torem i na wiele rzeczy po prostu reporter nie ma wpływu...

Na przedostatniej stronie twojej książki zamieściłeś zdjęcie. Siedzisz na kanapie ze swoją żoną Shazi, synkiem Leonem. Nasuwa się pytanie – po co wy korespondenci wojenni jeździcie na fronty całego świata? Ryzykujecie życie i szczęście? Dlaczego?


 Nie lubię tej łatki „korespondent wojenny”. Nie uważam się za korespondenta wojennego. Jestem dziennikarzem, który wykonuje swoją pracę tak samo, jak lekarz, piekarz. Dlaczego jeździmy na wojnę? Żeby pokazać jej dramat taki, jakim jest. Dlatego właśnie napisałem książkę. To próba pokazania tego, jak wygląda wojna widziana oczami nie polityków, a tych, których dotyka najbardziej – cywilów, żołnierzy i ludzi mediów. Przyglądających się temu złu. Próba pokazania tego, że w wojnie domowej nie ma podziału na „białych” i „czarnych” - agresorów i ofiary. W takich konfliktach wszystko jest czarne i wszyscy są winni. Kiedy obserwowałem wojnę na Bałkanach, w Sarajewie mówiono mi: - Serbowie to zwierzęta! Bombardują, mordują, gwałcą. Gdy kilka miesięcy później pojechałem na stronę serbską, przekonałem się, że dokładnie tacy sami bandyci siedzą w okopie po drugiej stronie frontu. Rolą dziennikarza jest obiektywne przekazanie rzetelnej wiadomości o danym konflikcie. To sztuka bycia oczami i uszami odbiorcy, za którego dziennikarz wojenny nadstawia głowę, by pokazać mniejszy lub większy fragment prawdy.

W swojej książce opisujesz wpadkę telewizyjną, której przyczyną była nadmierna ilość alkoholu...

 Jechaliśmy do Dżalalabadu w Afganistanie z myślą o tym, by dotrzeć do Kabulu. Droga była bardzo niebezpieczna, bo wszędzie czaiły się niedobitki rozwścieczonych Talibów. W Dżalalabadzie zobaczyliśmy rozstrzelaną i ograbioną włoską ekipę telewizyjną. Koledzy zorganizowali swego rodzaju stypę dziennikarską. Ponieważ w Afganistanie nie można kupić alkoholu, a my mieliśmy mnóstwo wysokoprocentowych materiałów antyseptycznych, podzieliliśmy się nimi, by uczcić pamięć poległych kolegów. Efektem zbyt wielkiej hojności z naszej strony była później mocno nie medialna w odbiorze relacja z „Dżalalalabadddu”, za którą było mi potwornie wstyd. Tomek Lis był wściekły nie tyle na mnie, co na wydawcę, który przed transmisją, rozmawiał ze mną, wiedział w jakim byłem stanie i mimo tego iż przekonywałem go, że nie jest to najszczęśliwszy moment na połączenie z telewidzami w kraju, był nieugięty. Alkohol to najprostsza i zarazem najskuteczniejsza forma odreagowania. Na każdej wojnie po zakończonej pracy, spotykamy się z kolegami i pijemy. Żeby zredukować potworną ilość stresów, jakie kumulują się w człowieku, który na dobrą sprawę, w każdej chwili może dostać kulkę w łeb. Picie jest niedopuszczalne podczas pracy. Ale po – trzeba sobie jakoś radzić. Zdobycie wódki lub innej formy alkoholu w krajach muzułmańskich graniczy z cudem. A zapasy szybko się kończą. Gdy dojechaliśmy do Kabulu, zaczęliśmy rozglądać się za alkoholem. Bez skutku. Dramatyczną sytuację uratowało dwóch skłóconych ze sobą Żydów, którzy tocząc między sobą waśnie, ochraniali zniszczoną synagogę i świętą dla nich Torę. Mieli alkohol, którym podzielili się z nami bardzo niechętnie. Po kilku dniach nasz afgański przewodnik znalazł jakiegoś bimbrownika w Kabulu, ale i ten zpas szybko się skończył...

Alkohol pomaga dziennikarzowi na froncie w nocy. W ciągu dnia jedną z metod przetrwania widoku wszechobecnych trupów, ludzkiej krzywdy i rozlewu krwi, jest cynizm. To swego rodzaju maska, którą się nosi. Człowiek próbuje sobie tłumaczyć, że ów dramat go nie dotyczy, że to nie jego bajka. Że zawsze – w każdej chwili może spakować manatki i wrócić do kraju. Cynizm pomaga nie zwariować, a sytuacji, w których odchodzi się od zmysłów jest na wojnie wiele...

Podczas pracy reportera w Biesłanie, przeżyłeś swoją medialną śmierć. Drasnęła cię kula i Polska straciła z tobą łączność. Na 25 minut byłeś dla nas martwy...
 Wszystko to przez ekipę rosyjskiej telewizji, która sfilmowała mnie wynoszonego spod szkoły nogami do przodu. Widziała to moja żona, która rozpoznała mnie po białych adidasach, jakie kupiłem sobie na dzień przed wyjazdem na materiał. Po tym wydarzeniu, telewizja w Polsce pokazywała moje nazwisko w czarnych ramkach, tymczasem ja byłem tylko lekko ranny. Ponieważ policja zagłuszała na miejscu swoich działań telefony komórkowe, by teroryści i w efekcie wszyscy na miejscu nie mogli się ze sbą komunikować, nie miałem szans dodzwonić się do kraju i zdementować plotek o swojej śmierci, które w ślad za rosyjskim przekazem zaczęły emitować inne stacje. Pamiętam zdziwienie dziennikarzy, którzy po opatrzeniu rany dziwili się widząc gościa w znanych światu adidasach, który spokojnie idzie ulicą. Mieli egzotyczne miny i na szczęście zdementowali wiadomość o mojej śmierci.

Swoją obecność na frontach traktujesz zarobkowo, czy jako misję dziennikarską? Podobno reporterzy wojenni zarabiają krocie.

 Na wojnie można zarobić. Głownie zarabiają na niej bandyci i Ci, którzy ją wywołują. Jeśli chodzi o dziennikarzy – gratyfikacje dziennikarzy zachodnich za udział w wojnie są rzeczywiście bajkowe w porównaniu z naszymi. Nigdy nie traktowałem wyjazdu na fronty, jako formę podreperowania swojego budżetu domowego. Byłoby to nieuczciwe. Równie nieuczciwe jest to, jak polskie redakcje traktują swoich wojennych korespondentów. Nie doceniają finansowo ich ciężkiej pracy. Widząc to, mam pytania do redaktorów naczelnych i wydawców, czy mogą spokojnie spać w czasie, gdy życie naszych ludzi jest na froncie zagrożone z powodu niedostatecznego zabezpieczenia? Spotkanie z kolegami z CNN lub innej zachodniej stacji rodzi kompleksy wśród polskich dziennikarzy. Korespondenci zachodni poruszają się w rejonie konfliktu w samochodach opancerzonych z obstawą uzbrojonego patrolu zaprzyjaźnionej strony i profesjonalnym sprzętem nadawczo – odbiorczym. W takim miejscu najlepiej widać przepaść finansową polskich mediów, których reporterzy wysłani na wojnę jeżdżą w starych, niezabezpieczonych przed ostrzałem rzęchach, ze słabym sprzętem, bez obstawy. O ile bardzo rzadko można doprosić się pomocy technicznej czy jakiejkolwiek innej od kolegów z zasobniejszymi portfelami, tak świetnie nasze ekipy współpracują z Rosjanami, bardzo przyjaźnie do nas nastawionymi. I choć koledzy z CNN czy BBC mają wypchane forsą portfele, nie udaje im się dotrzeć swoimi pancernymi jeepami tam, gdzie my dostajemy się z Rosjanami rozwalającym się gruchotem. I być może to dobrze, że polscy dziennikarze nie mogą sobie pozwolić na nadawanie relacji z dachu czy balkonu ekskluzywnych hoteli, jak miało to miejsce np. w Sarajewie czy izraelskiej Hajfie, bo dzięki temu możemy być w centrum wydarzeń – pokazywać wojnę i uwikłanych w nią ludzi, tak, jak ona wygląda, a nie tak, jak widać ją z daleka – z tarasu widokowego...

Na froncie jesteś z kamerą i mikrofonem od 1992 roku. Nie znudziło ci się to jeszcze? Nie masz dosyć?


 Nie. Bo jestem dziennikarzem. Unikam nazywania swojej pracy „misją” lub inaczej – wznioślej. Nie. To praca. I nie mam jej dosyć. Lubię pracować na froncie. Pokazywać wojnę taką, jaka ona jest. Traktuję to nie jako karierę, a obowiązek wobec ludzi – moich odbiorców, którym w jakiś sposób te relacje pozwalają lepiej poznać prawdę. Skomplikowane mechanizmy, jakie doprowadzają do wybuchu wojny.

Jak długo potrafisz pracować bez snu?
 Adrenalina i napięcie powodują, że znacznie mniej niż normalny człowiek, który ma biurową czy inną – spokojniejszą atmosferę pracy. Podczas pracy w Biesłanie nie spałem wcale. Sam nie wiem, jakim cudem...

Wysłuchał:
Wojciech Andrzejewski
Tygodnik ANGORA
własne, fot. okładka książki "Nikt nie spodziewa sie rzezi", wydawnictwo ZNAK, autor Wiktor Bater

Komentarze (1 - 4 z 4)

Gdy na ekranie TV jest niejaki Bater,agent CIA[lub innego wywiadu] - nie da się ukryć ,słaby dziennikarz,to przełączam kanał.O tym panu nie chcę brzydko się wyrażać,jest po prostu słabiutki,nieobiektywny,szowinistyczny,zawistny,nieuczciwy,pomawiający szczujący itd. Jednym słowem AGENT.
 1  
Pajac jesteś, a nie dziennikarz. Pajac z kombatanctem urojonym, boś się za dużo Hemingwaya naczytał.
 2  
bater w sarajewie chlał na potęge i niewiele chyba z tego pamięta
 2  
szczere przedstawienie wydarzeń!!! Bater nie robi z siebie bohatera, a opisuje strach, ból i tęsknotę ( a skoro pił alkohol, to nie napisał, że jogurt). i ma odwagę pisać to o czym się nie mówi, a to daje do myślenia!!
 1