Łukasz Szewczyk21.07.2015 (17:08)brak komentarzy

lifting zamiast reformy, czyli dostęp do naszych billingów nadal poza kontrolą

Rok temu Trybunał Konstytucyjny uznał przepisy regulujące uprawnienia służb do sięgania po dane telekomunikacyjne za niezgodne z konstytucją. Po dwunastu miesiącach bezczynności światło dzienne ujrzała propozycja, które w praktyce nic nie zmienia - obecny brak kontroli ma być zastąpiony kontrolą fikcyjną.
smartfon telefon
Dostęp do billingów i innych danych telekomunikacyjnych pozostanie poza realną kontrolą - alarmuje Fundacja Panoptykon. Nowa propozycja, zakłada, że służby zachowają uprawnienia do sięgania po dane o obywatelach w sprawach błahych przestępstw, bez konieczności uzyskania zgody sądu i bez obowiązku informowania obywateli, że byli inwigilowani. W ocenie Fundacji Panoptykon rozwiązania, nad którymi pracuje senat, są niezgodne z konstytucją i kartą praw podstawowych, a przyspieszona ścieżka legislacyjna uniemożliwia racjonalną i merytoryczną debatę o proponowanych rozwiązaniach.
- Projekt firmowany przez senatorów trafił nie na ekspresową ścieżkę, a na autostradę legislacyjną, na której wszystkie bramki są podniesione - na przyjęcie przepisów zostało już tylko sześć miesięcy, a biorąc pod uwagę kalendarz parlamentarny i wyborczy, jeszcze mniej. Od 30 lipca 2014 r., kiedy Trybunał orzekł niezgodność przepisów dotyczących sięgania po billingi z Konstytucją, niewiele się wydarzyło. Nie było projektu, nie było konsultacji - komentuje Katarzyna Szymielewicz, prezeska i ekspertka Fundacji Panoptykon, która od 2010 r. bada problem nieograniczonego wykorzystywania danych telekomunikacyjnych przez służby. - Nagle otrzymaliśmy do konsultacji projekt senacki, który w praktyce niewiele zmienia - dodaje.

Projekt zakłada kontrolę następczą - służby mają co pół roku składać sprawozdanie do właściwego sądu okręgowego, a sędzia będzie mógł je zweryfikować. Służby będą mieć prawo do korzystania z danych telekomunikacyjnych tylko wtedy, gdy inne środki zawiodą. - Oba te zabezpieczenia są fikcyjne i nie przeszkodzą służbom w dowolnym sięganiu po dane tak, jak ma to miejsce obecnie. Chyba że trafią na wyjątkowo upartego sędziego - ale takie założenie nie może być podstawą tworzenia prawa, zwłaszcza w trudnej materii, która tak bardzo dotyka kwestii praw obywatelskich - komentuje Katarzyna Szymielewicz.

Projekt senacki jest identyczny ze stanowiskiem, jakie wcześniej przedstawiło Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Może to oznaczać, że w praktyce projekt powstał w MSW. To zła praktyka, bo projekt senacki, w przeciwieństwie do projektów rządowych, nie musi być opiniowany przez Rządowe Centrum Legislacji, nie zawiera też oceny skutków regulacji ani jej zgodności z przepisami unijnymi. A ta ostatnia mogłaby być dla projektu dyskwalifikująca:
"
- Zanim swój wyrok ogłosił polski Trybunał Konstytucyjny, za nieważną uznana została tzw. dyrektywa retencyjna. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej uznał, że jest niezgodna z Kartą praw podstawowych i wyznaczył standardy ochrony danych o obywatelach w kontekście sięgania po dane telekomunikacyjne - wyjaśnia Wojciech Klicki, ekspert z Fundacji Panoptykon. - Według TSUE kontrola nad sięganiem po nie powinna mieć charakter uprzedni, a tylko w wyjątkowych przypadkach usprawiedliwione byłoby pozyskanie danych przed uzyskaniem na to zgody. Obywatel powinien mieć możliwość uzyskania informacji, że był kontrolowany przez służby. Te zaś mogłyby sięgać po dane telekomunikacyjne tylko w przypadku poważnych przestępstw - dodaje.

Projekt senacki jest bardzo korzystny służb i bardzo niekorzystny dla obywateli. Czy jednak ekspresowy przedwyborczy tryb legislacyjny daje szansę na odpowiednie wyważenie interesów?
Fundacja Panoptykon